Wywiad z Andrzejem Domżołem

Muzyka to moja terapia

Z Andrzejem Domżołem, utalentowanym oraz konsekwentnym muzykiem i kompozytorem rockowym rozmawia Adam Sęczkowski. Artysta opowiada jak rozwijał swoją pasję do grania na gitarze i tworzenia utworów pomimo wyzwań, których doświadczył.  Właśnie ukazała się najnowsza płyta Andrzeja – „Dziki ptak”. Jej premiera miała miejsce w rodzinnej miejscowości artysty – w Kobiórze podczas koncertu, w którym gościnnie wystąpił wielki autorytet muzyczny – Leszek Cichoński, m.in. organizator gitarowego rekordu Guinnessa we Wrocławiu.

Adam Sęczkowski: Andrzeju, w wieku 5 lat usłyszałeś w radiu „Jump” zespołu Van Halen. Jak sam mówisz – wtedy wszystko się zaczęło. Czy pamiętasz ten moment i emocje, które Ci wtedy towarzyszyły?

Andrzej Domżoł: Doskonale pamiętam ten dzień. To była wyjątkowa chwila. Układałem z bratem klocki Lego na dywanie w pokoju. Był rok 1984 – mniej więcej rok po premierze „Jump”. W kuchni mama gotowała obiad, tata siedział przy radiu. Nagle usłyszałem charakterystyczne klawisze z początku utworu. A potem gitarę. I tę solówkę…

Zostawiłem klocki i pobiegłem do radia. Zapytałem tatę: „Co to za zespół? Co to za muzyka?”. Odpowiedział: „To dobra muzyka, skoro aż tu przyleciałeś”. I wtedy pomyślałem – przecież lepiej już chyba grać się nie da. Kto to wymyślił? Czy można stworzyć coś jeszcze lepszego?

W tej małej głowie coś się wtedy przestawiło. Może zabrzmi to odważnie, ale do dziś uważam, że muzyka lat 80. i 90. była absolutnie wyjątkowa. To była prawdziwa fabryka hitów. Kreatywność, emocje, energia – coś niesamowitego.

Już w dzieciństwie słuchałeś takich zespołów jak Europe czy Dire Straits, a pierwsze instrumenty budowałeś własnoręcznie w stodole. Czy ten chłopak z tamtych lat wciąż w Tobie jest?

Staram się go w sobie pielęgnować. Te obrazy wciąż wracają. To było bardzo beztroskie dzieciństwo. Mieszkaliśmy na wsi, w Kobiórze. Na podwórku stała drewniana stodoła, w której kiedyś odbywały się młocki. Stała tam ogromna maszyna do młócenia zboża.

Z bratem zapytaliśmy babcię, czy możemy ją przesunąć. Ojciec nam pomógł – była ciężka, ale udało się zrobić trochę miejsca. I tam zaczęliśmy budować nasz pierwszy zestaw perkusyjny.

zdjęcie z arch. prywatnego

Bębny powstały z plastikowych wiader – takich, z których dziś robi się kosze na śmieci. Werblem była puszka po drewnochronie, przecięta na pół. Stopę mieliśmy prawdziwą – należała do dziadka, który grał na akordeonie i przygrywał sobie właśnie stopą. Znaleźliśmy ją na strychu i… pożyczyliśmy do naszej perkusji. Dziadek później jej szukał, ale nie przyznaliśmy się, że już służy w stodole jako element zestawu.

Hi-hat też zrobiliśmy sami. Zastanawiałem się, co mogłoby brzmieć podobnie. U sąsiada stał stary, nieużywany żuk, przeznaczony na złom. Zdjęliśmy z niego przednią kratkę, przecięliśmy ją na pół i zamocowaliśmy na metalowym pręcie. Na dole przywiązaliśmy element, który pozwalał na „klapanie”. Brzmiało zaskakująco podobnie do prawdziwego hi-hatu.

Talerz perkusyjny znaleźliśmy na strychu u babci – dziadek schował go kiedyś wysoko na belce. Kojarzyliśmy, że miał taki sprzęt, więc rozpoczęliśmy poszukiwania. Kiedy go odnaleźliśmy, nasz mini-zestaw był już prawie kompletny.

Gitary podłączaliśmy do starego radia „Trawiata” z lat 80. I graliśmy. W tej stodole rodziła się nasza muzyczna pasja.

Pierwsze próby? Oczywiście Rolling Stones. „Satisfaction” ciągle się przewijało, „Jumpin’ Jack Flash”… Pięknie wspominam tamte momenty.

Gdybyś dziś mógł stanąć obok tego pięcioletniego chłopca, który po raz pierwszy zakochał się w muzyce, co byś mu powiedział o tej drodze? A przed czym byś go ostrzegł?

Przede wszystkim powiedziałbym mu, że to jest bardzo dobra droga. Muzyka to moja życiowa muzykoterapia. Jestem duszą niespokojną, widzę to po sobie. Gdyby nie moja Beatka, która potrafi zapanować nad moimi nerwami, różnie mogłoby być, bo życie bywa brutalne.

Temu małemu chłopcu powiedziałbym jedno: nie poddawaj się. Miałem wiele wzlotów, upadków i momentów załamania. Ale muzyka nie odpuszcza. To tak silna pasja, że człowiek chce ją pielęgnować mimo wszystko. I dzięki temu dziś mam już nagraną drugą solową płytę. A właściwie trzecią – bo był jeszcze projekt Andy MC, o którym mało kto wie. Płyta „Idol” jest już na YouTubie. Więc to moja trzecia solowa odsłona.

Ostrzegłbym go też przed używkami i alkoholem. To zła droga. Za pierwszym razem człowiek czuje się niezniszczalny, niezwyciężony. A potem bardzo łatwo wpaść w spiralę. Najlepszym nałogiem jest muzyka. Pasja. Instrumenty. Granie na scenie – ale na trzeźwo.

Ty byłeś w tym nałogu czy raczej Twoi koledzy muzycy?

Nigdy nie byłem w ciężkim nałogu, ale miałem moment, kiedy uświadomiłem sobie, że stałem się takim weekendowym alkoholikiem. Grałem wtedy z zespołem Silver Samurai. Po koncertach zdarzało się, że polewała się whisky i wracało się do domu trochę na rauszu.

W pewnym momencie zrozumiałem, że to nie jest dobra droga. Postanowiłem założyć domowe studio nagraniowe – bardzo pomógł mi w tym mój przyjaciel Michał Wala. Zacząłem robić szkice w domu. I to wciągnęło mnie bardziej niż jakiekolwiek imprezy. Każdy musi się kiedyś wyszumieć, młodość ma swoje prawa. Ale własne studio potrafi pochłonąć człowieka bez reszty – i to jest piękne.

zdjęcie z arch. prywatnego

Twój tata pokazał Ci pierwsze akordy na gitarze, a młodszego brata nauczyłeś grać na perkusji. Jaką rolę od początku odgrywała w Twojej muzycznej drodze rodzina?

Mój tata był dla mnie ogromnym autorytetem muzycznym. Słuchał świetnych zespołów: The Rolling Stones, Janis Joplin, Led Zeppelin, Deep Purple. Wprowadził mnie w klimat lat 60., 70. i 80.

Pierwsza gitara, którą dostał od kolegi, przyjechała z Niemiec. To było rumuńskie akustyczne pudło, które mam do dziś. Gryf już odstaje, struny były tak wysoko, że nie dało się normalnie grać – dziś pewnie nikt by tego nie dotknął. Ale dla mnie to był skarb.

Na niej stawiałem pierwsze kroki. Dociskałem akordy z całej siły. Myślałem, że na każdej gitarze tak jest – że palce muszą boleć, że muszą być odciski, że to normalne. Struny odstawały jakieś siedem milimetrów, więc walczyłem z nią, ile się dało.

Może dlatego później nauczyłem się grać czysto. A kiedy w końcu dorwałem pierwszą gitarę elektryczną, byłem w szoku – jaka wygoda! Mogłem ćwiczyć godzinami, bo grało się lekko.

Tamta pierwsza gitara wisi dziś u nas w domu rodzinnym. Chciałem ją kiedyś wyrzucić, ale mama mi zabroniła. Powiedziała: „To sentyment. Ojciec pokazywał ci na niej pierwsze akordy”. I miała rację.

Pamiętam, jak tata uczył mnie C-dur, G-dur… A kiedy słyszał, że ćwiczę w pokoju, przybiegał i mówił: „No, synek, ćwicz. Widzę, że ci idzie”.

Więc tak to było wtedy. Z tego, co wiem, rodzice w dużej mierze wspierali Cię muzycznie, ale zdarzało się, że tata mówił, żebyś zajął się „prawdziwą robotą”, a nie muzyką. Tak było?

No wiadomo – każdy musi mieć ubezpieczenie, etat. Z samego rock’n’rolla naprawdę trudno wyżyć. Ale ja cały czas idę do przodu. Moja droga ma tendencję wznoszącą i coraz bardziej mi się to podoba. Praca uszlachetnia człowieka – nie można całe życie jechać na kimś i tylko korzystać, trzeba też pracować. Staram się godzić muzykę z normalną pracą. Nie jest łatwo, ale na razie się udaje.

 Zdjęcie z arch. prywatnego

Mówiłeś też kiedyś, że tata przyszedł na koncert, gdzie była pełna sala i był zachwycony. Pamiętasz to?

Doskonale. To był nasz pierwszy koncert, grałem jeszcze z bratem – on na perkusji. Zespół nazywał się Strefa. Fajny, pop-rockowy skład, świetni ludzie. Zagraliśmy w Domu Kultury podczas Dni Kobióra, to był 1998 rok. Sala pękała w szwach. Zagraliśmy cztery covery, ale to było niesamowite przeżycie. Wtedy pomyślałem: po co grać cudze rzeczy, skoro można tworzyć własne?

Tym bardziej że bardzo blisko nas próby miał zespół Cree – Sebastian Riedel ze swoim pierwszym składem. Pozwolili mi przychodzić na próby. Zobaczyłem, jak powstaje muzyka, jak rodzą się własne dźwięki – i to było olśnienie. Od tamtej pory staram się komponować swoje utwory. Na koncertach praktycznie nie gram coverów. Wręcz mnie boli, gdy muszę zagrać cudzą piosenkę. Może czasem przy ognisku coś się zagra dla ludzi, którzy znają dany numer, ale na scenie stawiam przede wszystkim na autorską twórczość.

Uczyłeś się gry w ognisku muzycznym, a jako nastolatek założyłeś pierwszy zespół, o którym wspomniałeś. Czy już wtedy marzyłeś o życiu na scenie?

Szczerze? Nie sądziłem, że to się tak potoczy. Myślałem, że scena jest dla ludzi wybitnych, z najwyższej półki. A nam już w młodości udało się zagrać kilka naprawdę świetnych koncertów. Bywaliśmy supportem Dżemu, zdarzyło się też przed Bajmem. Później graliśmy przed Gabrielem Fleszarem.

Pamiętam koncerty w Jastrzębiu-Zdroju, w Strzelcach Opolskich, a nawet w Warszawie. To były piękne chwile. Dały mi wiarę, że warto iść w stronę muzyki.

Wystąpiłeś też z orkiestrą Filharmonii Śląskiej w Zamku w Pszczynie. Do tego koncertu przygotowywałeś się rok. Czego nauczyło Cię to doświadczenie?

To było ogromne przeżycie. Dyrygentem był legendarny Albert Orendosz, przez całe życie związany z Filharmonią Śląską w Katowicach. Z niewielkiej grupy młodych ludzi z mojej rodzinnej miejscowości stworzył miniorkiestrę. Ćwiczyliśmy w kółko ten sam materiał, ale efekt był imponujący.

Grałem na gitarze klasycznej. Dzięki nauce w ognisku muzycznym znałem nuty, potrafiłem czytać zapis, więc nie miałem problemu z partiami orkiestrowymi. Zagraliśmy w Zamku Pszczyńskim, w kościołach, na chórach – to były wyjątkowe koncerty. To doświadczenie nauczyło mnie pokory. Pokory wobec muzyki klasycznej i wobec pracy zespołowej.

 Zdjęcie z arch. prywatnego

Później przyszedł czas hard rocka i zespołu Silver Samurai. Jak wspominasz tamten okres intensywnego grania i dynamicznych solówek?

Wokalista, gitarzysta, basista i perkusista – w takim składzie zaczęły powstawać naprawdę świetne numery. Graliśmy bardzo riffowo, w duchu lat osiemdziesiątych – bez kompromisów, bez elektroniki. Wszystko było surowe i bezpośrednie.

Płyta ”Back to the 80s” jest dowodem na to, że mieliśmy świetnego, charyzmatycznego wokalistę – Adama Bałę. Dziś pewnie realizuje swoje muzyczne plany. Rozstaliśmy się w zgodzie, bo każdy z nas chciał iść własną drogą. Mieliśmy odmienne wizje co do dalszego grania, ale nie ma między nami żalu ani pretensji. Kto wie – może jeszcze kiedyś wrócimy do tego materiału, bo to była naprawdę dobra płyta.

Pojawiliśmy się też w ogólnopolskim magazynie „Teraz Rock” w nakładzie dziesięciu tysięcy egzemplarzy. To było dla nas duże wyróżnienie.

Graliście supporty przed TSA, Dżemem i Nocnym Kochankiem, a w 2010 roku otwieraliście Military Camp Fest w Warszawie. Czy to był moment, w którym poczułeś, że jesteś na swoim miejscu?

To był prawie ten moment. Kiedy zobaczyłem publiczność w Warszawie na Military Camp Fest, pomyślałem: „Kurczę, stary, osiągnąłeś coś naprawdę fajnego”. Po nas występował Sabaton, Udo Dirkschneider oraz inne znane zespoły. Spotykaliśmy się za kulisami, jedliśmy wspólnie grilla z Udo Dirkschneiderem. To było niesamowite zderzenie z rzeczywistością – ludzie, których plakaty wisiały kiedyś w moim pokoju, stali obok mnie.

Pamiętam, jak zapytałem naszego menadżera, Andrzeja Cedzyńskiego: „Czy to naprawdę Udo Dirkschneider? Gdzie my przyjechaliśmy grać?”. Nawet nie wiedziałem wcześniej, że zagramy na imprezie tej rangi.

Wspaniały czas. Zobaczyłem wtedy, jak ludzie pod sceną śpiewają nasze teksty z płyty Back to the 80s. To mnie bardzo poruszyło. Do tego profesjonalna technika sceniczna – w 15 minut byliśmy gotowi do grania. To był okres pięknego, koncertowego szaleństwa. Po wydaniu płyty zapełnialiśmy kluby.

Pamiętam koncert w katowickim klubie Kultowa, który był wypełniony po brzegi. Podobnie było w Sanoku – dwa koncerty wypełnione do ostatniego miejsca. Wrocław – również komplet publiczności. To były naprawdę świetne czasy.

Dziś “Back to the 80’s” ma status kolekcjonerski. Jak się czujesz, wiedząc, że album żyje własnym życiem? I czy to prawda, że przez pewien czas nie miałeś nawet jednego egzemplarza?

To była prawda. Przez długi czas nie miałem swojej płyty, bo – jak to bywa, gdy jest się młodym – rozdawałem egzemplarze wszystkim chętnym, myśląc, że zawsze będzie ich pod dostatkiem. Dopiero później udało mi się zdobyć „białego kruka” na e-Bayu.

Mam wydanie dołączone do gazety, ale nie mam pierwszego tłoczenia – 500 sztuk z książeczką z tekstami. To właśnie ta wersja jest dziś najbardziej ceniona. Słyszałem nawet, że jeden egzemplarz został sprzedany na giełdzie w Kielcach za kilkaset złotych. Gdy to usłyszałem, zrobiło mi się naprawdę ciepło na sercu.

Po rozpadzie zespołu Californian przyszedł moment zwątpienia i myśl o zakończeniu przygody z muzyką. Co wtedy było dla Ciebie najtrudniejsze?

To pytanie chciałbym pominąć. Nie chcę wracać do tematu zespołu Californian – to był mało ciekawy epizod w moim życiu i wolałbym go zostawić za sobą. Z całym szacunkiem, ale ten temat odpuszczam.

A jaka była geneza powstania projektu Andrzej Domżoł i decyzji, by grać pod własnym nazwiskiem?

To była bardzo ważna i piękna przygoda. W pewnym momencie byłem już mocno zrezygnowany. Wtedy poznałem moją Beatkę i to ona tchnęła we mnie nową energię. Powiedziała: „Graj dalej. To coś, co trzyma cię przy życiu. To twoja terapia”.

To właśnie ona przekonała mnie, żebym na nowo zebrał skład i spróbował jeszcze raz. Zespół kształtował się przez pewien czas, ale kluczowe było to, że namówiła mnie, by zaprosić do współpracy Rusłana Michnowicza, który dziś gra z nami na saksofonie i klawiszach oraz śpiewa chórki, a także mojego brata Huberta – bębniarza.

Chcieliśmy tchnąć życie w muzykę, którą tworzę – i to miało sens. Gramy razem już czwarty rok i naprawdę świetnie się dogadujemy. W zespole jest dobra energia i atmosfera.

Mówiłeś, że po zmianie kilku basistów w końcu trafiłeś na Szymona Pęczalskiego.

Tak, basiści to był „składnik” zespołu, który dość często się zmieniał. Aż w końcu pojawił się Szymon – człowiek na właściwym miejscu. To ogromna charyzma i prawdziwa encyklopedia rock’n’rolla. Trudno go zaskoczyć jakimkolwiek muzycznym nazwiskiem.

Ale przede wszystkim to człowiek o bardzo ciepłym sercu i dużej wrażliwości. Bardzo go cenię – mógłbym długo o nim opowiadać.

„Rock’n’rolla Zew” brzmi jak wołanie z wnętrza. Traktujesz tę płytę bardziej jako zapis swojej historii czy manifest dojrzałego artysty?

To przede wszystkim zbiór utworów, które powstawały przez 10-15 lat. Tworzyłem je, odkładałem do szuflady, nagrywałem domowe dema, szkice – wszystko gromadziłem na zewnętrznym dysku.

Po latach uznałem, że te piosenki zasługują na to, by ujrzeć światło dzienne – i tak powstała ta płyta – jako powrót do mojej muzycznej drogi.

 Zdjęcie z arch. prywatnego

Są tam też utwory tworzone już „na świeżo”, przy współudziale Beaty Sekuły. Teksty pisaliśmy razem. Tak powstały m.in. „Biegniesz ciągle”, „Wióry lecą” czy „Czas zmian”. Tego ostatniego numeru początkowo w ogóle nie chciałem grać, ale Beatka mnie do niego przekonała. I dziś wiem, że miała rację.

To surowo nagrana płyta – bez nadmiaru efektów, bez studyjnych fajerwerków. Brzmi naturalnie, momentami wręcz jak próba w sali. I właśnie w tym jest jej urok.

Druga płyta brzmi już bardziej profesjonalnie – pojawili się sponsorzy, warunki były inne. Ale ta pierwsza ma w sobie coś bardzo naturalnego i prawdziwego, jest po prostu szczera.

Dlaczego zdecydowałeś się grać pod własnym nazwiskiem, a nie pod nazwą zespołu?

Uważam, że w zespole powinien być wyraźny lider. Oczywiście wspólne tworzenie może być świetne, jeśli wszyscy się dogadują. Ale z czasem, gdy wizji jest zbyt wiele, potrafi zrobić się chaos.

Dlatego poszedłem w stronę projektu sygnowanego własnym nazwiskiem. Czułem w sercu, że to najwyższy czas, by wyjść z tym, co moje – pokazać ludziom, kim naprawdę jestem artystycznie.

Tak jak robi to wielu artystów rockowych. To był moment, żeby „wystrzelić ze swoim”.

„Jestem w niebie” to najbardziej romantyczny numer na płycie. Czy natura, przestrzeń i spokój są dla Ciebie ważnym źródłem inspiracji?

Uwielbiam naturę i kontakt z przyrodą. Już jako dziecko czułem ogromną potrzebę bycia blisko przestrzeni, wyjazdów, wszystkiego, co pozwalało odetchnąć.

Spokój, cisza, natura – to dla mnie ogromne źródło inspiracji i wewnętrznego balansu.

Powiedz, że jesteś z malowniczej miejscowości, położonej niedaleko zamku i lasu książęcego.

Tak, pochodzimy z Kobióra – malowniczej wsi, gdzie jako młodzi ludzie mogliśmy robić naprawdę świetne rzeczy. Jestem jeszcze z pokolenia, które wiązało linę na drzewie i skakało nad rzeką.

Dziś jest odwrotnie – karą bywa wyjście na dwór i zakaz korzystania z komputera. Kiedyś karą było siedzenie w domu. Wychowywaliśmy się w lesie, w bliskim kontakcie z naturą. Na przykład większość takich utworów jak „Reality Show” powstała na „ambonie” w lesie – siedziałem z piwem, patrzyłem na sarenki i obserwowałem świat.

Opisywałem brutalność świata „Big Brothera”, który po raz pierwszy pokazano w telewizji jakieś 20 lat temu. Ten numer ma więc około 15-20 lat. Jest stary, ale wciąż aktualny.

Pokazujesz rockowy pazur i dystans do codzienności. Jak ważny jest dla Ciebie humor w muzyce?

Humor jest dla mnie bardzo ważny. Z natury jestem bardziej optymistą niż pesymistą, dlatego ciężkie, bardzo mroczne brzmienia mnie męczą. Jestem „heavy”, ale w klasycznym sensie – bliżej mi do Iron Maiden niż do Death metalu.

W mojej muzyce rockowej pojawia się dużo radości i pozytywnej energii. Tacy ludzie jak ja – o podobnej mentalności – też to czują i cieszą się z takiego podejścia. Po prostu taka jest moja natura i mam tego pełną świadomość.

W jednym z utworów krytykujesz pośpiech i wyścig szczurów. To moment, w którym artysta mówi „stop” światu czy samemu sobie?

Dokładnie tak. Czasem trzeba się zatrzymać i pomyśleć, nie patrzeć na to, co dzieje się wokół – nawet jeśli świat się wali. Każdy musi znaleźć swój moment na refleksję.

Często tak się zapędzamy, że doprowadzamy się do przemęczenia. A przecież nie jesteśmy maszynami. Czasem trzeba nawet zmienić pracę, żeby zadbać o higienę psychiczną i lepiej poukładać sobie życie.

Zagrałeś już wiele koncertów. Które były dla Ciebie najważniejsze?

Jednymi z najważniejszych koncertów w moim życiu były te z zespołem Cree Sebastiana Riedla. Dały mi doświadczenie grania na dużej scenie przed tysiącami ludzi.

Jednym z takich wydarzeń był koncert „Rock na Plaży” w Tychach. Do dziś są z tego nagrania na YouTube. Miałem wtedy okazję zagrać obok Jurka Styczyńskiego z Dżemu. To dodało mi skrzydeł – zostałem zaproszony, doceniony, mogłem wnieść coś od siebie.

Grałem prosto, bez udziwnień. Ta muzyka opierała się na prostocie – miało brzmieć „rollingstonesowo”, soczyście. Budowałem klimat, tworzyłem ścianę brzmienia i dobrze się w tym odnalazłem.

 Zdjęcie z arch. prywatnego

A koncert sylwestrowy w Ustroniu, w Beskidach Śląskich?

To był świetny koncert plenerowy. Przyszło mnóstwo ludzi, energia była ogromna. Mocno wiało, ale się nie poddaliśmy – graliśmy pod wiatr. Nagłośnienie było fenomenalne, a publiczność bawiła się znakomicie.

W ciągu 15 minut pod sceną zebrało się około pół tysiąca osób. To był koncert, który naprawdę dał nam noworocznego kopa.

Po nim wpadłem w twórczy trans i zacząłem pracę nad płytą „Dziki Ptak”, którą tworzyłem niemal bez przerwy – aż powstała.

Po latach hard rocka wróciłeś do cieplejszego brzmienia i gitar Fender. Co się w Tobie zmieniło jako artyście?

Po prostu dojrzałem do brzmienia Fendera Telecastera i Stratocastera. Uważam, że Telecaster nie jest łatwym instrumentem. Wielu gitarzystów grających na tzw. „wyścigowych” gitarach – tak jak ja kiedyś – mówiło: „Co to za telewizor? Ta gitara w ogóle nie brzmi”. A według mnie Telecaster to najlepsza gitara do studia. Świetnie siedzi w miksie, a do tego ma ciepłe, soczyste brzmienie. To moje brzmienie numer jeden.

Kiedy słucham choćby Bruce’a Springsteena, jego partii na Telecasterze – to mnie powala. Zakochałem się w tym brzmieniu.

Wyścigowe granie też ma swój urok, ale już nie fascynuje mnie tak jak kiedyś. Z takiego „ścigania się” po prostu wyrosłem. Zawsze byłem bardziej melodyjnym gitarzystą – lubię budować solówki melodią. Dziś wolę zagrać kilka mądrych dźwięków niż milion bezsensownych.

Z jakiej swojej muzyki jesteś dziś najbardziej dumny?

Jestem dumny z tego, że mimo wieku – mam już 46 lat – wciąż mam energię dwudziestolatka. Rock’n’roll mnie zakonserwował. Muzyka naprawdę uskrzydla – to święta prawda. To chyba najlepsza pasja, jaką człowiek mógł wymyślić.

Niedawno miała miejsce premiera Twojej najnowszej płyty. Skąd wziął się tytuł „Dziki Ptak”?

Bo dzikim ptakiem tak naprawdę jestem ja. Ten tekst opowiada o mojej drodze – o chwilach zagubienia, o momentach, kiedy się zatracałem, ale też potrafiłem się odnaleźć. To trochę historia mojej młodości.

Jestem dziki w tym sensie, że podążam własnym tropem. Lubię naturę, wolność, przestrzeń. Idę swoją trasą.

 Zdjęcie z arch. prywatnego

Co symbolizuje dla Ciebie dziki ptak? Wolność? Niezależność? Samotny lot?

Każdy ptak odrywa się od ziemi – od codzienności. Ma swoją przestrzeń w powietrzu. Może wzlecieć i z dystansu przemyśleć różne rzeczy. To dla mnie symbol wolności.

W moim życiu mam dużo przestrzeni dla siebie – na granie, tworzenie, refleksję. Myślę, że z natury zawsze będę takim ptakiem. Zresztą każdy rock’n’rollowiec jest dzikim ptakiem.

Widzę to choćby na jam sessions – kiedy muzycy spotykają się i „lecą”. Te gitarowe czy perkusyjne loty to właśnie dzikie ptaki.

Jaką jedną emocję chciałbyś, aby słuchacz zabrał ze sobą po przesłuchaniu tej płyty?

Chciałbym, żeby ktoś powiedział: „Kurczę, ten koleś fajnie dowalił na tej płycie”. Żeby wsiadł do auta, dał gazu, włączył album i po prostu się odprężył.

Chcę, żeby ta płyta żyła – żeby nie leżała na półce, tylko żeby ludzie do niej wracali.

Po prostu zniknąć na chwilę, żeby za nią zatęsknić. Na przykład rok, dwa… A potem znowu wrzucić ją do radia i na CD.

Wywiad ukazuje się w serwisie Odkrywamy Idoli, więc zapytam wprost: dziś czujesz się bardziej idolem czy raczej dzikim ptakiem? Kimś, kto wciąż leci własną drogą i robi swoje?

Bardziej czuję się… indorem, czyli dzikim ptakiem. (śmiech) Bo nie umiem do końca dobrze śpiewać, więc czuję się jak indor.

Ale za to świetnie komponujesz i grasz. I wcale nie śpiewasz źle.

Czego mogę Ci dziś życzyć – jako artyście i jako człowiekowi?

Przede wszystkim wytrwałości. I możesz mi życzyć, żeby układało się jak najlepiej z kobietą – to wiadomo. No i żeby ten skład zespołu już się nie zmieniał. Żeby wszyscy wytrwali ze mną do końca życia, bo czasem jestem ciężkim człowiekiem.

To są jednak chłopaki, którzy naprawdę sprostali Twoim wymaganiom.

Oj tak. Przeszli przeze mnie jak przez maszynkę do mięsa. (śmiech) Przemieliłem ich konkretnie. Ale dzięki temu już wiedzą, że walka ze mną to trochę jak walka z wiatrakami. Ja muszę mieć zagrane dokładnie tak, jak to sobie wyobraziłem.

Chyba że ktoś ubierze to w naprawdę świetne dźwięki.

Dokładnie. Daję pole do popisu, do wnoszenia swoich pomysłów, do ubierania moich koncepcji w coś własnego. Ale zwykle mam już w głowie cały szkielet muzyczny – wiem, jak to ma brzmieć w rzeczywistości. Jestem po prostu wizjonerem.

I kompozytorem, autorem tekstów…

Tak. Na tej płycie dużą rolę jako aranżer odgrywa Rusłan Michnowicz – świetnie się w tym sprawdza. Wymyślił fenomenalne klawisze – Hammonda, saksofony, solówki.
Szymek dorzuca mnóstwo świetnych zagrywek na basie.
Mój brat z kolei w studiu, przy nagrywaniu bębnów, często coś podpowiada: „A może tutaj tak? Może będzie lepiej?”. Mówię wtedy: „Zagraj”.

I?

Jeśli mi pasuje, mówię: „Tak, to jest lepsze niż to, co wymyśliłem”. I właśnie na tym polega nasz kompromis. Dzięki temu ta muzyka jest – moim zdaniem – bardzo energetyczna.

Na koniec życzę Ci jeszcze zdrowia. Żebyś miał siłę dalej skakać po scenie. W końcu jesteś liderem z powołaniem.

Będę polskim Keithem Richardsem. Obiecuję wszystkim.

I to właśnie dla Was powiedział Andrzej Domżoł. Dziękujemy.

 Zdjęcie z arch. prywatnego

Co symbolizuje dla Ciebie dziki ptak? Wolność? Niezależność? Samotny lot?

Każdy ptak odrywa się od ziemi – od codzienności. Ma swoją przestrzeń w powietrzu. Może wzlecieć i z dystansu przemyśleć różne rzeczy. To dla mnie symbol wolności.

W moim życiu mam dużo przestrzeni dla siebie – na granie, tworzenie, refleksję. Myślę, że z natury zawsze będę takim ptakiem. Zresztą każdy rock’n’rollowiec jest dzikim ptakiem.

Widzę to choćby na jam sessions – kiedy muzycy spotykają się i „lecą”. Te gitarowe czy perkusyjne loty to właśnie dzikie ptaki.

Jaką jedną emocję chciałbyś, aby słuchacz zabrał ze sobą po przesłuchaniu tej płyty?

Chciałbym, żeby ktoś powiedział: „Kurczę, ten koleś fajnie dowalił na tej płycie”. Żeby wsiadł do auta, dał gazu, włączył album i po prostu się odprężył.

Chcę, żeby ta płyta żyła – żeby nie leżała na półce, tylko żeby ludzie do niej wracali.

Po prostu zniknąć na chwilę, żeby za nią zatęsknić. Na przykład rok, dwa… A potem znowu wrzucić ją do radia i na CD.

Wywiad ukazuje się w serwisie Odkrywamy Idoli, więc zapytam wprost: dziś czujesz się bardziej idolem czy raczej dzikim ptakiem? Kimś, kto wciąż leci własną drogą i robi swoje?

Bardziej czuję się… indorem, czyli dzikim ptakiem. (śmiech) Bo nie umiem do końca dobrze śpiewać, więc czuję się jak indor.

Ale za to świetnie komponujesz i grasz. I wcale nie śpiewasz źle.

Czego mogę Ci dziś życzyć – jako artyście i jako człowiekowi?

Przede wszystkim wytrwałości. I możesz mi życzyć, żeby układało się jak najlepiej z kobietą – to wiadomo. No i żeby ten skład zespołu już się nie zmieniał. Żeby wszyscy wytrwali ze mną do końca życia, bo czasem jestem ciężkim człowiekiem.

To są jednak chłopaki, którzy naprawdę sprostali Twoim wymaganiom.

Oj tak. Przeszli przeze mnie jak przez maszynkę do mięsa. (śmiech) Przemieliłem ich konkretnie. Ale dzięki temu już wiedzą, że walka ze mną to trochę jak walka z wiatrakami. Ja muszę mieć zagrane dokładnie tak, jak to sobie wyobraziłem.

Chyba że ktoś ubierze to w naprawdę świetne dźwięki.

Dokładnie. Daję pole do popisu, do wnoszenia swoich pomysłów, do ubierania moich koncepcji w coś własnego. Ale zwykle mam już w głowie cały szkielet muzyczny – wiem, jak to ma brzmieć w rzeczywistości. Jestem po prostu wizjonerem.

I kompozytorem, autorem tekstów…

Tak. Na tej płycie dużą rolę jako aranżer odgrywa Rusłan Michnowicz – świetnie się w tym sprawdza. Wymyślił fenomenalne klawisze – Hammonda, saksofony, solówki.
Szymek dorzuca mnóstwo świetnych zagrywek na basie.
Mój brat z kolei w studiu, przy nagrywaniu bębnów, często coś podpowiada: „A może tutaj tak? Może będzie lepiej?”. Mówię wtedy: „Zagraj”.

I?

Jeśli mi pasuje, mówię: „Tak, to jest lepsze niż to, co wymyśliłem”. I właśnie na tym polega nasz kompromis. Dzięki temu ta muzyka jest – moim zdaniem – bardzo energetyczna.

Na koniec życzę Ci jeszcze zdrowia. Żebyś miał siłę dalej skakać po scenie. W końcu jesteś liderem z powołaniem.

Będę polskim Keithem Richardsem. Obiecuję wszystkim.

I to właśnie dla Was powiedział Andrzej Domżoł. Dziękujemy.