Wywiad z Małgorzatą Zajączkowską

“Do zawodu aktora sam talent nie wystarczy”

Adam Sęczkowski: Wychowywali Panią dziadkowie, którzy byli pedagogami – dziadek geografem, a babcia nauczycielem języka polskiego. Jakie wartości Pani przekazali? Czy chcieli, aby została Pani aktorką?

Małgorzata Zajączkowska: Babcia była uzdolniona artystycznie, miała sopran koloraturowy, ale ze względu na to, ze musiała pomagać swoim rodzicom, nie mogła skorzystać ze stypendium, które dostała z Teatru Słowackiego w Krakowie i poszła do seminarium nauczycielskiego. Babcia miała w sobie te wszystkie bakcyle życia artystycznego i artystyczną duszę, ale życie zweryfikowało jej plany. Dlatego bardzo wspierała różne moje zainteresowania i nigdy nie usłyszałam, że nie warto, po co, to się nie opłaca, wręcz przeciwnie. Dziadek był zakochany w jej śpiewie i podejściu do życia, więc też nie przeciwstawiał się moim pomysłom na życie.

Wiem, że ze zmysłów jest dla Pani najważniejszy węch.

Tak, węch jest zmysłem decydującym właściwie o wszystkim.

W jednej z rozmów wspominała Pani zapach pierogów z wiśniami u cioci Marysi w Oliwie. W Pani kuchni także można doświadczyć takich zapachów? Lubi Pani gotować?

Nie lubię gotować, natomiast jestem fenomenalnym “zjadaczem”. Uwielbiam jeść, poznawać nowe smaki.

Jaki smak ostatnio zafascynował Panią?

Ostatnio niedaleko mojego domu odkryłam fantastyczną azjatycką kuchnię. Podają tam sałatkę z glonów z sezamem, zakwaszaną, słodko-kwaśną.

Wypowiada się Pani jako kochająca mama. Przeżywała Pani ryzykowną pasję pana syna Marcela i decyzję zaciągnięcia się do marines. Nie kusiło Pani, aby nakłonić go do zmiany stylu życia?

Kusiło i nawet podjęłam jakieś rozmowy, ale w pewnym momencie zorientowałam się, że albo będę go wspierać, albo on odetnie się ode mnie i nie będzie tak otwarty. I wspierałam go w tym.

Kiedy mieliśmy okazję się poznać, wyznam że prezentuje się Pani rewelacyjnie. Myślę, że damską część moich czytelników ciekawi jaki jest Pani sekret na zdrowie i dobry wygląd?

Jest to długi sen. Moim zdaniem gimnastyka, zabiegi kosmetyczne czy podobne aktywności nie zastąpią długiego, spokojnego snu. Ja akurat jestem taką osobą, która musi spać 8-9 godzin i robię wszystko, żeby tak było. Jestem wtedy wypoczęta i mam zupełnie inne spojrzenie.

Mogę prywatnie powiedzieć, że Pani zazdroszczę, ponieważ przy małym dziecku czasem ciężko jest się wyspać (śmiech).

Wiem, znam to (śmiech). Pamiętam, że miałam to szczęście, że do trzeciego roku życia mojego dziecka nie pracowałam. Spałam właściwie wtedy, kiedy syn spał.

Wiele lat spędziła Pani za granicą, m.in. trzy lata w Paryżu, szesnaście w Stanach Zjednoczonych. Czy patrząc na swoje życie dziś czegoś Pani żałuje?

Generalnie nie. Oczywiście są jakieś drobne rzeczy, ale uważam, że miałam razem ze wszystkimi wzlotami i upadkami bardzo ciekawe życie, a nie ma niczego gorszego niż nuda.

Mówi Pani, że największym amerykańskim sukcesem jest gra z Frankiem Langellą w sztuce na Broadwayu. Jak Pani wspomina ten ponad półroczny czas na deskach Walter Kerr Theater?

Fantastycznie. Graliśmy tę samą sztukę przez siedem i pół miesiąca, osiem razy w tygodniu, bo poniedziałki są wolne, ale środa i sobota to dwa przedstawienia dziennie. Był to bardzo intensywny czas. Broadway ma to do siebie, że bez przerwy przychodzi ktoś specjalny, raz to była Nicole Kidman z Tomem Cruise’m, był Alec Baldwin, była także Lauren Becall, którą miałam wielki zaszczyt poznać osobiście, bo przyszła do nas za kulisy. Tam bez przerwy jest ktoś, przed kim człowiek chce pokazać swą najlepszą stronę. Poza tym nie ma przedstawień nienadzorowanych – zawsze jest albo reżyser, asystent reżysera albo ktoś z produkcji. Jak tylko człowiek się trochę rozluźni i pracuje na pół gwizdka, to jest wzywany na dywanik.

Wspomniała Pani o Nicole Kidman i Alecu Baldwinie. Znalazłem nazwiska łączone z Panią jak Woody Allen, Glenn Close, Angelica Houston, John Cusack, Christopher Walken. To nazwiska, które elektryzują kinomanów na całym świecie. Jak się Pani pracowało z tymi osobami?

Najpierw jest oczywiście zachwyt, że poznaje się osobę, o której się słyszało i zna się ją ze zdjęć i filmów. Potem przychodzi etap wspólnej pracy i koleżeństwa. Bardzo miło wspominam tych wszystkich ludzi i to, że mieli do mnie taki sam stosunek jak do innych swoich kolegów. Dla nich niesamowite było to, że można było przyjechać z innego kraju, nauczyć się języka i kontynuować swój zawód i dać coś, czego oni nie mają. My nie mamy czegoś co mają Amerykanie, a mamy z kolei coś bardzo swojego. Oni byli tego właśnie ciekawi. Ja nigdy nie udawałam Amerykanki.

Jakie doświadczenia z amerykańskim planów filmowych chciałaby Pani przenieść na polski grunt?

To już się przenosi. 20 lat temu panowały tam zasady, których w Polsce jeszcze nie było. Był porządek, każdy pilnował swojej działki, opiekował się aktorem. W tej chwili jest to coraz bardziej zauważalne u nas.

W Ameryce jednak odmówiła Pani roli w filmie “Wodny świat” w reżyserii Kevina Costnera?

To brzmi spektakularnie, ale polegało na tym, że kiedy dostałam od niego propozycję, grałam wtedy gościnnie w soap operze “All my children” i moja postać zyskała sympatię widzów. Nie byłam na kontrakcie, tylko występowałam gościnnie i kiedy chciałam zrezygnować, bo miałam ten film i trzymiesięczny pobyt na Hawajach jako afrodyzjak, produkcja zaproponowała mi kontrakt i rozwijanie mojej roli. Wybrałam więc to, co było dla mnie korzystniejsze zawodowo.

W Polsce podobno rzuciła Pani słuchawką, kiedy Jerzy Stuhr chciał zaproponować Pani rolę w filmie “Pogoda na jutro”?

No oczywiście, bo myślałam, że któryś z kolegów, który fantastycznie naśladuje głosy, dzwoni i bawi się w Jerzego Stuhra, który zadzwonił i powiedział: “Dzień dobry, nazywam się Jerzy Stuhr. Nie wiem, czy moje nazwisko coś Pani mówi, chciałbym zaproponować Pani zostanie moją kolejną żoną.” Myślałam, że to żarcik kolegi, a to okazało się, że dzwonił Jurek Stuhr, które proponował mi rolę swojej żony w filmie “Pogoda na jutro”. Bardzo lubię ten film.

Odmówiła Pani Costnerowi, odmówiła Pani Stuhrowi. Można powiedzieć kobieta z charakterem – Małgorzata Zajączkowska?

Wiem że charakteru nie mam najłatwiejszego, ale wydaje mi się że bez tego daleko się nie zajedzie (śmiech).

Najważniejsza Pani rola to Nora Sedler – diva operowa, żydówka z łódzkiego getta w filmie “Noc Walpurgi” Marcina Bortkiewicza. To postać zarówno wielka, jak i upadła. Ciekawi mnie jak przygotowywała się Pani do tej roli. Czy po przeczytaniu scenariusza miała Pani plan jak zagrać tę postać?

Wiedziałam, że jest to postać złożona. Pokochałam ją ze wszystkimi jej małościami, ale szukałam, oglądałam Marię Callas. Bardzo dobrą mi dał wskazówkę Marcin Bortkiewicz, który powiedział: “Znajdź coś, czego ona chciałaby, żebyś nie znalazła”. Chodziło o to, żeby obedrzeć ją z tego blichtru i cliche divy operowej, zawsze pięknej, w norkach, elokwentnie wypowiadającej się i kobiety z klasą, a dotrzeć do prawdziwego człowieka.

I to się udało.

Mam nadzieję, że to się udało.

Czy były kolejne projekty z Marcinem Bortkiewiczem?

Tak, jakiś czas temu nagraliśmy z Marcinem film “Tonia”. Jest to historia małej dziewczynki (którą gra córka Marcina Bortkiewicza – Marianna), która jest wychowywana w rodzinie alkoholowej. Swoją wyobraźnią przykrywa wszystkie niedostatki emocjonalne. Gram tam rolę babci Marianny.

Przyznam się, że przeglądałem Pani profil na portalu społecznościowym i tam znalazłem cytat Wisławy Szymborskiej: “Żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami”.

Niestety jest to znak naszych czasów. Wszystko jest mniej głębokie, bardziej powierzchowne. Porozumiewamy się znakami, sygnałami. Nie zatrzymujemy się, bo wydaje nam się, że nie mamy na to czasu, nie chcemy tracić energii. Myślę, ze to jest najgorsze co możemy zrobić. Właśnie przed chwilą w telewizji słuchałam wypowiedzi, że seniorzy zaczynają się opiekować na oddziale noworodków dziećmi, które nie mogą być przytulane. I terapeuta powiedział, że nie ma takiego leku jak dotyk, dawanie uczucia, zatrzymywanie się przy drugim człowieku. My pędzimy po nową komórkę, po nowe podróże, ale coraz bardziej jesteśmy oddaleni od naszych bliskich i tego, co jest sensem naszego życia.

A udaje się Pani prywatnie zatrzymać w tym szalonym świecie?

Tak. Podjęłam pewne decyzje kilka lat temu i staram się przy tym całym nawale pracy zwolnić i spędzać więcej czasu z najbliższymi. Czasem na przykład siedzę przez godzinę na balkonie i patrzę na drzewa. Dostrzegam to, że taki reset jest w dzisiejszych czasach niezbędny.

Wróćmy na chwilę to aktorstwa. Zadebiutowała Pani na wielkim ekranie w filmie Agnieszki Holland “Zdjęcia próbne”. Dzięki niej otrzymała Pani rolę w filmie “Danton” w reżyserii Andrzeja Wajdy oraz “Wrogowie” w reżyserii Paula Mazursky’ego. Agnieszka Holland jest aniołem stróżem kariery Małgorzaty Zajączkowskiej?

Czy ja wiem? Rzeczywiście bardzo dużo rzeczy, które mi się w zawodzie przydarzyły to jakby dzięki czarodziejskiemu palcu Agnieszki, który wskazywał mi kierunek. Gdyby nie ona, to nie zagrałabym w filmach, które Pan wymienił. Grałam jeszcze w jej filmie matkę Janosika. Nie mogę powiedzieć, że się z Agnieszką przyjaźnię. Nie kontaktujemy się ze sobą na co dzień, ale jest mi bardzo bliską osobą.

Powiedziała Pani, że nie przyjmuje każdej roli, którą proponują. Czy jest rola, której Pani odmówiła i potem tej decyzji żałowała?

Nie pamiętam, a to znaczy, że nawet jak żałowałam to przez chwilę i nie miało to żadnego znaczenia.

Wiem że moje wywiady czyta wiele młodych osób. Załóżmy, że są wśród nich osoby, które marzą o aktorstwie. Co mogłaby im Pani poradzić?

To jest bardzo trudny zawód i staje się coraz trudniejszy w związku z tym, że jest coraz więcej produkcji telewizyjnych i ludzie widzą blichtr i każdy chce być na czerwonym dywanie, udzielać wywiadów i być popularnym. Można to robić, ale z gwiazdy można stać się kometą, bardzo szybko spaść z tego firmamentu. Jeżeli ktoś chce się utrzymać w zawodzie i naprawdę to go interesuje, to powinien przede wszystkim kształcić rzemiosło. Do tego zawodu sam talent nie wystarczy. Trzeba jeszcze mieć predyspozycje psychiczne, bo zawód polega na tym, że starając się o jakąś rolę i będąc już po zdjęciach próbnych, castingach otrzymuje się najczęściej odpowiedź “nie”. Jak trzeba być kruchym i jednocześnie pewnym siebie, żeby wytrzymać to wszystko i za każdym razem dawać z siebie 100% aż ktoś wreszcie powie “tak”? Po usłyszeniu “tak” i nagraniu produkcji znów można bardzo długo dostawać odpowiedź na “nie”. Dlatego kariera aktorska to jest nie tylko kwestia talentu i chęci, ale też pewnych predyspozycji i charakteru.

Współpracuje Pani także z bardzo młodymi ludźmi. Czego uczy się tak doświadczona aktorka od tych młodych ludzi?

Uczę się spojrzenia na świat; ich zdania o pewnych rzeczach, które bardzo się zmienia. Dawniej pokolenie zmieniało się co 10 lat, teraz zmienia się właściwie co 3 lata.

A czy wśród nich odnajduje Pani siebie sprzed lat?

Trochę tak, a wśród niektórych absolutnie tak (śmiech).

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że należy zadać sobie pytanie czy kocha się siebie w sztuce czy sztukę w sobie…

To jest pytanie po co decydujemy się na ten zawód. Czy po to, żeby mieć zdjęcie na ściance, czy po to, żeby podzielić się swoim punktem widzenia, swoją propozycją z widzami. Obojętnie czy będzie to kilkadziesiąt tysięcy czy kilku widzów.

Wskazałaby Pani nazwiska polskich twórców, z którymi chciałaby Pani współpracować?

Z Marcinem Bortkiewiczem zaprzyjaźniliśmy się do tego stopnia, że zostałam matką chrzestną jego trzeciego dziecka. Ale jest wielu w tej chwili twórców, z którymi chciałabym grać. Nawet w szkołach filmowych reżyserzy, którzy robią dyplom albo na kolejnych latach kręcą swoje etiudy bardzo często dzwonią do nas aktorów i proszą, żeby wziąć w nich udział. Jak tylko mam czas zgadzam się na te propozycje. Bardzo trudno pracuje się na planie w sensie czasowym, bo młodzi twórcy muszą się nauczyć kadrów, pracy kamery. Pomimo, że wiem, że będzie to trwało dłużej niż w normalnym filmie uważam, że jest to bardzo ciekawe gdyż oni mają w sobie taką nadzwyczajną czystość patrzenia. My, którzy już długo od dawna uprawiamy ten zawód, często jesteśmy już zafiksowani.

Spotkaliśmy się przed Galą Finałową Festiwalu twórczości Jadwigi Barańskiej i Jerzego Antczaka. Z tej okazji nie sposób zapytać o film “Noce i dnie”, który w roku 1976 był nominowany do Oscara, a krytycy filmowi pisali, że to polskie “Przeminęło z wiatrem”. Jakie jest Pani jako osoby urodzonej w Polsce, ale mieszkającej wiele lat w Stanach Zjednoczonych spojrzenie na to dzieło?

Ludzie będą oglądać ten film za 10, za 20, za 30 lat. On nigdy się nie zestarzeje. Film “Noce i dnie” zawsze będzie arcydziełem i będzie powodował żywe emocje. Są takie arcydzieła “Casablanca”“Przeminęło z wiatrem”“Ojciec chrzestny”, które są nie do podrobienia. Próbowano zrobić remake “Casablanki” i to się okazało jakimś strasznym “pasztetem”. Pan Jerzy Antczak był opiekunem artystycznym naszego filmu z Marcinem Bortkiewiczem (“Noc Walpurgi”) i on nas w trudnych chwilach bardzo dopingował i trzymał za nas kciuki, więc do pana Jerzego i do Pani Barańskiej mam także taki bardzo osobisty, kochający stosunek.

Zajmowała się Pani również dubbingiem. Czy jest to dla Pani całkiem inne doświadczenie niż odgrywanie postaci w kinie ludzkim?

To jest całkowicie inna praca, dlatego że podkładamy głos pod kogoś albo figurkę, w którą trzeba tchnąć duszę. To jest zupełnie inny rodzaj pracy. Ona jest bardziej ekspresyjna. Lubię też patrzeć na kolegów, którzy zajmują się dubbingiem dlatego, że to przedstawienie, które odgrywamy w małej kabince przed mikrofonem, pomagając sobie rękami, minami,. To jest swoisty teatr.

Czy któraś z postaci, którym użyczyła Pani swojego głosu, była taka, która sprawiała największą trudność?

Nie pamiętam, żeby tak było. Reżyserzy dubbingu są fenomenalni, bo oni mają niesamowite ucho. Cały czas naprowadzają aktorów na to, co chcą usłyszeć, wydobywają emocje, które chcieliby dostać. To jest zupełnie inna praca przed mikrofonem niż na scenie czy w filmie.

Jak Pani ocenia obecną kondycję współczesnego polskiego kina i polskiej kultury?

Współczesne kino polskie jest w bardzo ciekawej kondycji. Przeszliśmy przez szalony okres udawania kina amerykańskiego albo jakiegoś innego i są w tej chwili twórcy którzy zaczynają mówić swoim językiem, dzielą się swoimi sprawami, mają swój punkt widzenia. Naród istnieje tak długo dopóki ma wspólną kulturę. Szkoda, że kultura jest tak mało doceniana prze naszych kolejnych włodarzy. Francuzi wartość kultury zrozumieli dużo wcześniej, Włosi też, a my ciągle działamy na jedną nóżkę. Zachwycamy się przeszłością, a nie potrafimy patrzeć w przyszłość.

Czyli przy okazji apel do naszych władz?

Tak. Otwórzcie oczy na kulturę.

To piękne zdanie, mam nadzieję, dotrze do osób, które sprawują władzę.

Kultura to nie jest tylko nasze narodowe dobro. To jest to, co młodzi ludzie robią w tej chwili; mówią o różnych sprawach, swoich przemyśleniach. Tak samo jest w sztuce filmowej. To nie przypadek że pamiętamy pewnych artystów z przeszłości, a innych nie. Ci, którzy zapisali się w naszej historii są wybrańcami z całego lasu innych artystów. Czas weryfikuje, kto zostaje prawdziwym artystą.

Ja bynajmniej jestem pewien, że Pani Małgorzata Zajączkowska odciska piętno na kulturze polskiej i zapisuje się dużymi literami w historię polskiego kina.

Wie Pan co? Zarumieniłam się (śmiech). Moją mistrzynią w szkole teatralnej była Aleksandra Śląska. I to że nawet dziś o niej mówię, pokazuje, że wspominamy ludzi, od których coś dostaliśmy, albo którym coś daliśmy. Chciałabym przeżyć moment, w którym będąc gdzieś tam na chmurce, jakiś dorosły aktor czy aktorka powie “A mnie uczyła Zajączkowska”.

A ja powiem szczerze mam takie niespełnione marzenie odkąd poznałem Panią i Marcina Bortkiewicza, żeby spotkać się z państwem na planie filmowym.

To proszę trzymać rękę na pulsie. Kiedy zaczniemy kolejny film proszę się wtedy skontaktować i zapraszamy na plan.

Zajmuję się statystowaniem i mam kilka epizodów na swoim koncie. Doszedłem do wniosku, że z takimi osobami współpracować i mieć kontakt to wielkie szczęście.

Bardzo dziękuję. Myślę że jakikolwiek kontakt z kulturą, jakąkolwiek rolę sobie przeznaczymy, bardzo nas wzbogaca i uszlachetnia. Pod warunkiem, że kochamy sztukę w sobie, a nie siebie w sztuce.

Ostatnie miesiące były dla Pani bardzo pracowite. Gra Pani w serialu “Dom pod orłami”, filmie “Amatorzy” Iwony Siekierzyńskiej, “Tak ma być”, którego reżyserem jest Łukasz Grzegorzek, a jakie są Pani plany zawodowe na najbliższe miesiące?

Trudno mówić o planach, kiedy COVID-19 dyryguje naszym życiem. Skończyłam film Łukasza Grzegorzka tuż przed wzrostem zachorowań, mieliśmy dużo szczęścia. Aktualnie chodzę na długie spacery z psem i zastanawiam się co przyniosą najbliższe tygodnie.

Czego mogę Pani życzyć na zakończenie naszej rozmowy?

Tylko zdrowia. Z wiekiem widzę, że jak jest zdrowie to człowiek może góry przenosić, a jak nie ma, to żeby nie wiem ile miał pieniędzy, nic nie da się z tym zrobić.

Życzę zatem dużo zdrowia i wszystkiego najlepszego.

Dziękuję i życzę wszystkiego najlepszego dla Pana i Pańskiej rodziny. Pozdrawiam wszystkich czytelników.