Wywiad z Grzegorzem Filipowskim
Drodzy Czytelnicy. Poniżej znajdą Państwo wywiad z p. Grzegorzem Filipowskim, kiedyś reprezentantem Polski w łyżwiarstwie figurowym, obecnie trenerem zamieszkałym w Kanadzie. Wywiad przeprowadził p. Adam Sęczkowski, współpracujący od kilku lat z „Tygodnikiem Polskim”.
Adam Sęczkowski: Skąd w Panu narodziła się miłość do łyżwiarstwa figurowego?
Grzegorz Filipowski: Moja przygoda z łyżwiarstwem figurowym rozpoczęła się, gdy miałem cztery lata. Wybór dyscypliny sportowej był decyzją moich rodziców.
Pamięta Pan swoje pierwsze kroki na lodowisku?
Oczywiście, pamiętam to bardzo dobrze. Miałem wtedy na nogach czerwone kalosze (śmiech).
Mieszkał Pan na Bałutach, które były uważane za jedną z najmniej bezpiecznych dzielnic Łodzi. Jak wspomina Pan swoje dzieciństwo tam, w latach 70.?
Żyliśmy z rodzicami bardzo skromnie, ale zawsze byliśmy dla siebie serdeczni. Miło wspominam ten okres w moim życiu. Byłem żywiołowym dzieckiem; nie było dachu czy drzewa, na które bym się nie wspiął (śmiech). To prawda, że Bałuty nie były najbezpieczniejszą częścią Łodzi, ale zwykle dawałem sobie radę. Poza tym wszyscy wiedzieli, że jeżdżę na zawody i zdobywam medale, więc nikt mnie na osiedlu nie zaczepiał.
Jakie wspomnienia przychodzą Panu na myśl, gdy myśli Pan o Łodzi teraz?
Wiem, że Łódź bardzo się zmieniła. Nie byłem tam od dawna, ale oglądałem serial „Ultrafiolet” na Netflixie, który był kręcony w Łodzi. Zauważyłem wiele znajomych miejsc z mojej przeszłości, teraz ładnie odnowionych.
Kiedy planuje Pan zobaczyć Łódź na własne oczy?
Chciałbym, aby to stało się niedługo (śmiech).
Pana rodzice nie byli związani ze sportem. Jak reagowali na Pana karierę sportową?
Rodzice byli bardzo dumni i zawsze mnie wspierali. Kiedy byłem mały, mama pracowała po południu, a tata rano. Mama zawoziła mnie na poranne treningi, a tata na popołudniowe.
Czego potrzeba, by rozwijać się w łyżwiarstwie figurowym?
Trzeba nie tylko lubić, ale kochać to, co się robi. Aby coś osiągnąć, trzeba się temu całkowicie poświęcić. Nie można robić czegoś na 80 procent, trzeba dawać z siebie wszystko.
Jaki jest najlepszy wiek, aby zacząć trenować łyżwiarstwo figurowe?
Zacząłem jeździć, gdy miałem cztery lata, ale to nie jest reguła. Przyjmuje się, że najlepiej rozpocząć treningi w wieku 4-6 lat. Im wcześniej, tym lepiej, bo młodsze dzieci szybciej się uczą.
Jakie wskazówki miałby Pan dla rodziców, którzy chcieliby, aby ich dzieci uprawiały łyżwiarstwo figurowe wyczynowo?
Najważniejsza wskazówka to cierpliwość. Trzeba poświęcić na ten sport dużo czasu, a postępy czasem przychodzą szybko, ale najczęściej powoli. Dziecko, które rozwija się wolniej, może również osiągnąć sukcesy. Talent nie zawsze przekłada się na wyniki.
Startował Pan w zawodach już w wieku dziewięciu lat. Czy uważa Pan, że przez łyżwiarstwo stracił Pan swoje dzieciństwo i młodość?
Staram się na to nie patrzeć w ten sposób. Moje dzieciństwo było inne, ale dzięki łyżwiarstwu zwiedziłem cały świat. W tamtych czasach moich rodziców nie byłoby stać na takie podróże. Nie żałuję swojego dzieciństwa i młodości.
W 1986 roku w wieku zaledwie 20 lat wyjechał Pan do Stanów Zjednoczonych. Jakie wtedy były warunki treningowe w Polsce?
W letnich miesiącach nie mieliśmy lodu do trenowania. W halach sportowych w Polsce rozmrażano lodowiska i organizowano tam targi czy koncerty. W cyklu treningowym łyżwiarzy dwa czy trzy miesiące bez lodu to naprawdę duża strata, podczas gdy w innych krajach łyżwiarze mogli trenować przez cały rok. My przez te miesiące trenowaliśmy „na sucho” na trawie lub na sali gimnastycznej.
Grzegorz Filipowski – trzykrotny uczestnik igrzysk olimpijskich (1984, 1988, 1992), brązowy medalista mistrzostw świata (1989), wicemistrz (1989) i brązowy medalista mistrzostw Europy (1985). Czego zabrakło Panu by wspiąć się na sam szczyt?
Oj, to trudne pytanie (śmiech). My przecieraliśmy szlaki polskiego łyżwiarstwa na arenie międzynarodowej. Było nam ciężko. Nie mieliśmy zawodników na bardzo wysokim poziomie i nie mieliśmy tradycji z tym sporcie. W tamtych czasach i z tamtym starym typem sędziowania ciężko było przebić się do tej czołówki. Poza tym ilu było zawodników z USA, Kanady czy ZSRR, którzy trenowali łyżwiarstwo figurowe, a ilu z Polski?
Często wraca Pan myślami do swoich wspaniałych występów i sukcesów, które sprawiły, że ma Pan swoje miejsce w encyklopedii?
Powiem Panu, że niezbyt często. To już właściwie przeszłość, bardzo miła, ale jednak przeszłość (śmiech).
Czy miał Pan swojego idola jeśli chodzi o łyżwiarstwo figurowe? Był ktoś, kogo poczynania Pan obserwował?
Jak w wieku 13 lat pierwszy raz pojechałem na Mistrzostwa Świata Seniorów do Dortmundu, to chyba każdy z zawodników tam będących był moim idolem (śmiech). Na pierwszym treningu, gdzie nie spojrzałem byli wielcy sportowcy: Jan Hoffmann, Scott Hamilton, Charlie Tickner, Robin Cousins. To było dla mnie niesamowite przeżycie, bo do tej pory te osoby widziałem tylko w telewizji, a tu znalazłem się blisko nich na treningu czy w szatni.
W historii łyżwiarstwa zapisał się Pan jako pierwszy zawodnik, który wykonał kombinację dwóch potrójnych skoków – toeloopów. Ile czasu zajęło Panu wyćwiczenie tej kombinacji?
Przyznam, że jakoś szybko mi to przyszło, bo byłem dość zwinny i miałem szybką tzw. rotację.
Jaka była najtrudniejsza chwila w Pana wieloletniej karierze?
Kilka razy na zawodach mistrzostw świata pojechałem bardzo dobrze i zająłem pierwsze miejsce za podium, czyli czwarte. Miejsce szóste, siódme czy ósme mniej boli niż to czwarte, tym bardziej wiedząc, że występ był naprawdę udany. W dawnych czasach dużą rolę — zresztą dzisiaj także w niektórych dyscyplinach sportowych — odgrywała polityka. Myślę, że wtedy odgrywała jeszcze większą rolę niż obecnie. Po zmianie systemu sędziowania, polityka nadal istnieje, ale trudniej ją udowodnić i zastosować. Wówczas decyzje podejmowane były zupełnie subiektywnie.
Mimo upływu lat, Pańskie nazwisko wciąż jest synonimem łyżwiarstwa figurowego w Polsce. Czy czuje Pan popularność?
Nie, ponieważ nie przebywam w Polsce. Mieszkając w Kanadzie, właściwie nie odczuwam popularności.
Moja żona jest fanką łyżwiarstwa figurowego. Kiedy powiedziałem jej, że będę miał okazję przeprowadzić z Panem wywiad, poprosiła mnie, abym zapytał o pracę nad programem występu. Jak powstaje występ? Od czego się zaczyna?
Zaczyna się od wyboru muzyki — to jest rzecz podstawowa. Następnie wybierana jest choreografia. Czasami choreograf kontaktuje się z trenerem, proponuje współpracę i przesyła fragmenty muzyki, które są odsłuchiwane i wybierane. Potem choreograf przyjeżdża i zaczyna się praca nad programem.
W Polsce łyżwiarstwo figurowe nie jest tak popularne jak w Kanadzie, Rosji, Stanach Zjednoczonych czy Chinach. Przez wiele lat nie mieliśmy zawodników, którzy plasowaliby się w czołówce międzynarodowych imprez.
Myślę, że dlatego nie jest tak popularne. Gdyby nasi zawodnicy osiągali większe sukcesy medalowe i wyższe pozycje, popularność by wzrosła.
Jak to zmienić? Dlaczego 38-milionowy kraj nie jest w stanie wypromować zawodniczki, zawodnika bądź pary sportowej, którzy walczyliby o medale?
To jest trudne pytanie, ponieważ mamy bardzo utalentowanych zawodników i dobrych trenerów. Być może są to problemy organizacyjne: harmonogramy treningów, ilość lodu czy liczba sesji treningowych.
Światełkiem w tunelu dla polskiego łyżwiarstwa może być napływ zawodników zza wschodniej granicy, np. Jekatieriny Kurakowej oraz Maksyma Spodyriewa.
Tak. Teraz mamy nowych zawodników, którzy potrafią jeździć, lecz może jeszcze nie umieją walczyć o medale. Są zawodnicy, którzy są wspaniali na sesji treningowej, ale podczas zawodów coś szwankuje (np. psychika) i nie ma przekładu z treningu na występ.
Jak Pan poznał swoją partnerkę — Tracey Wainman?
Poznałem ją w Dortmundzie podczas zawodów. Miałem wtedy piętnaście lat, a ona dwanaście. Spotykaliśmy się i widzieliśmy na różnych zawodach. Jednakże wyszła za mąż za kogoś innego. Potem małżeństwo się rozpadło i spotkaliśmy się na występach po zakończeniu mojej kariery zawodniczej.
Wspólnie z Tracey trenuje Pan przyszłych adeptów łyżwiarstwa figurowego. Jak oddzielają Państwo pracę od życia prywatnego? Czy, pracując w tej samej firmie, jest to trudne?
Jest to bardzo trudne, ale na razie jakoś się udaje.
Czyli nie ma sytuacji, że wracają Państwo do domu i cały czas rozmawiają o łyżwiarstwie figurowym?
Na pewno rozmawiamy o swoich zawodnikach, co jest komu potrzebne i nad czym trzeba pracować. Jednak rozmawiamy nie tylko o tym.
Jak zmieniło się łyżwiarstwo figurowe od czasów, kiedy był Pan zawodnikiem?
Bardzo. Teraz jest to zupełnie inny sport, na dużo wyższym poziomie. W związku z tym trzeba być wyszkolonym we wszystkich aspektach łyżwiarstwa. Nie chodzi już tylko o skoki, ale także o „opakowanie” łyżwiarza: bardzo dobre piruety, kroczki, jazda na głębokich, ładnych krawędziach. To się bardzo rozwinęło.
A jak wyglądają relacje między Panem a Blade’em?
Bardzo dobrze. Poznałem go wtedy, kiedy miał rok.
Pasją Blade’a są filmy. Na jego profilu w portalu YouTube znalazłem film “The Jozef Sabovčík Documentary”. Czy jest szansa na nagranie podobnego filmu z Panem w roli głównej?
Blade zajmuje się obecnie takimi sprawami, przede wszystkim animacją.
Być może kiedyś zobaczymy film z Pana występami w jego realizacji?
[śmiech] Być może.
Jewgienij Pluszczenko zakończył karierę zawodową w wieku 35 lat, Elvis Stojko — w wieku 34 lat, Todd Eldredge — mając 31 lat, a Pan — dość wcześnie, bo w wieku 27 lat. Co było przyczyną takiej decyzji?
Miałem bardzo długą karierę. Wystartowałem na dziesięciu mistrzostwach świata, trzech olimpiadach oraz dziesięciu mistrzostwach Europy. To była dosyć długa kariera. Natomiast inni zawodnicy jeździli od dłuższego czasu, ale nie startowali na aż tylu największych zawodach.
Czy po zakończeniu zawodowej kariery nie miał Pan momentów, że można by jeszcze rok albo dwa pojeździć?
Powiem szczerze, że nie, ponieważ byłem wtedy już bardzo zmęczony.
Po zakończeniu kariery przeszedł Pan do rewii. Zarabiał Pan na życie, jeżdżąc po świecie i występując w przedstawieniach artystycznych. Wcielał się Pan w role m.in. Batmana czy Jamesa Bonda. Do którego superbohatera jest Panu najbliżej?
[śmiech] Najbardziej lubiłem rolę Jamesa Bonda.
Grzegorz Filipowski — James Bond.
Lubiłem role w różnych przedstawieniach. To nie tylko jazda na lodzie, ale także konieczność wykonania choreografii, np. scen z bójkami. To było świetne.
Wielu zawodników, którzy osiągnęli ogromne sukcesy w swoim sporcie, później próbuje sił w innych. Nie kusiła Pana perspektywa spróbowania sił w innej dyscyplinie sportu? Na przykład Adam Małysz skończył swoją karierę jako skoczek narciarski i zaczął ścigać się w rajdach Dakar.
O tym nie myślałem. Elvis jest tym, który zajmuje się tym wszystkim. Jest naszym bardzo dobrym przyjacielem, który zajmuje się Kung Fu, a teraz — wyścigami samochodowymi. Co najważniejsze, jest aktorem i grał w kilku odcinkach świetnego serialu pt. „Mordog Masteries”. Ciekawostka — na Amazon wyszedł nowy serial pt. „Jack Reacher”, bardzo popularny w Ameryce Północnej. W pierwszych odcinkach tego programu sceny były kręcone przed naszym domem, np. w ogródku. Serial trafił do Polski — można go obejrzeć na platformie Amazon Prime.
W 2000 roku odbył się 50. mecz gwiazd ligi MHL. Aranżował Pan pokazy hokeja, które potem oglądali kibice. Świetnie wywiązał się Pan z tego zadania. Czy miał Pan później kolejne propozycje w podobnym stylu?
Nie, to był tylko jeden epizod. W tej drużynie był wtedy Czerkawski, także się spotkaliśmy.
Wiem, że jest Pan w stałym kontakcie z Markiem Kaliszkiem oraz Mariuszem Siudkiem. Jak wygląda współpraca w dziedzinie łyżwiarstwa na linii Polska — Kanada?
Obecnie nie współpracujemy. Pracowaliśmy razem wtedy, kiedy Marek Kaliszek był prezesem Polskiego Związku Łyżwiarstwa Figurowego. Przygotowywał zawodnika na letni obóz. Potem trenowaliśmy zawodnika z Ukrainy, który miał reprezentować Polskę. Bardzo zdolny człowiek. Niestety, jego kariera się skończyła, gdyż ma poważną kontuzję i musi przejść operację. Mówimy o Miszy Mogile.
A jak współpraca z Mariuszem Siudkiem?
Czasami spotykamy się na międzynarodowych zawodach, kiedy on tutaj przyjeżdża. Jest także sędzią. Czasami trudno utrzymywać kontakt na odległość. Jednak cały czas myślimy o bliższej współpracy, być może wymianie zawodników.
Pandemia wielu ludziom wywróciła życie do góry nogami. Jaki wpływ miała na Pana pracę?
Bardzo negatywny. W Kanadzie były bardzo duże restrykcje w ciągu pandemii, także właściwie nie pracowaliśmy najpierw przez trzy miesiące — potem otworzyli lodowisko, a następnie znowu zamknęli je na trzy miesiące. Było to przerażające np. dla małych dzieci.
Zbliżamy się do końca, więc chciałbym zapytać, jakie marzenia ma Grzegorz Filipowski?
Żeby wychowywać jak najlepszych zawodników.
Jak wyobraża Pan sobie swoją emeryturę?
Jestem na chodzie, w związku z tym na razie o tym nie myślę.
Tęskni Pan za Polską?
Oczywiście. Zawsze powtarzam, że nawet mieszkając w Kanadzie, czuję się Polakiem.
Kiedy spotkamy się w Pana rodzinnym mieście?
Nie znam konkretnej daty. Jednak na pewno myślę o tym, żeby tam pojechać i je zobaczyć.
Proszę w takim razie obiecać, że jak Pan będzie się wybierał, to jakąś informację otrzymam.
Na pewno, dam znać.
Panie Grzegorzu, wywiad będzie opublikowany w serwisie „Odkrywamy Idoli” w Polsce oraz w „Tygodniku Polskim” w Australii. Co na zakończenie chciałby Pan przekazać naszym rodakom w Polsce oraz w Australii?
Dziękuję im wszystkim za pamięć.
Bardzo dziękuję za możliwość rozmowy. Mam nadzieję, że spotkamy się w najbliższym czasie w centrum Polski — Łodzi.
Do zobaczenia!
Panie Grzegorzu, dziękuję serdecznie za poświęcony czas.
Tygodnik Polski: My także dziękujemy i pozdrawiamy z Australii.
